Dzień dobry!

Dzisiaj będzie słów kilka na temat treningu. Całe wakacje miałam przerwę i na siłownię powróciłam dopiero niedawno, właściwie po 3,5 miesiąca. Dlaczego przestałam ćwiczyć? Sądzę, że głównie przez to, że treningi stały się dla mnie czymś na kształt przykrego obowiązku. Na siłownie chodziłam, bo tak sobie założyłam. Poza tym zrezygnowałam z grupowych zajęć fitness na rzecz samodzielnego treningu dzielonego. Stwierdziłam, że dzięki temu na pewno lepiej i szybciej osiągnę zamierzone efekty, gdy będę ćwiczyła osobno poszczególne partie swojego ciała.

Zaczęło się od kontuzji…

Jednak nie wszystko poszło tak, jak się tego spodziewałam. Właściwie o mojej rezygnacji z siłowni przesądziły poważne kłopoty z dyskiem. Musiałam być niedostatecznie rozgrzana lub niewłaściwie wziąć oddech i tak mnie „postrzyknęło”, że nie mogłam oddychać, ani chodzić swobodnie, a pierwszą noc przespałam na siedząco. Pomógł dopiero masażysta… ale uraz pozostał.

Trudne powroty na siłownię

Potem powrót na siłownie odkładałam i odkładałam, a to po wyjeździe zagranicznym, a to po kolejnej wycieczce… Potem z kolei miałam zalecenie zwiększenia odpoczynku i zmniejszenia tempa życia… No i tak jakoś zeszło… ponad 3 miesiące. Pod koniec bardzo brakowało mi siłowni, ale… najtrudniejszy pierwszy krok. Przemogłam się w sobie… poszłam na początku na zajęcia zorganizowane i… znów to poczułam! Ten przypływ endorfin, energię, moc. Nawet obolałe mięśnie i masakryczne zakwasy na drugi dzień nie były mnie w stanie zniechęcić. Wiedziałam, że znów złapałam przysłowiowego „bakcyla” i chcę na nowo czuć się lepiej. Nie planuję już jednak być wobec siebie rygorystyczna, dostosowywać moje posiłki stricte pod siłownię czy zakładać sobie celów, które tak naprawdę do niczego mi nie będą potrzebne.

Narzucony rygor

Sądzę, że tak naprawdę powodem, dla którego zrezygnowałam z ćwiczeń była moja wszechobecna chęć kontroli. Szłam na siłownię z zamiarem spalenia określonej ilości kalorii, trenowania odpowiedniej partii mięśniowej. Mój trening musiał być pod kontrolą pulsometru, na który cały czas zerkałam. Gdy nie spalałam danego dnia określonej ilości kalorii, denerwowałam się na siebie i na końcu dorzucałam jakieś cardio, pomimo, że nie miałam tak naprawdę na niego ochoty, ani często – siły.

Demotywacja

Zrezygnowałam też z ulubionych zajęć grupowych, które dawały mi wiele radości i zaczęłam się zmuszać do samodzielnego treningu. Wmawiałam sobie, że tak będzie lepiej, bo będę trenowała wybrane partie ciała i nie będę musiała dostosowywać się do konkretnych godzin fitnessu. Nie spostrzegłam tylko, że w tym wszystkim zatraciłam radość i chęć do treningów. Stały się dla mnie one przymusem, rygorem.

Powoli, ale z radością

Teraz zaczęłam znów czuć tę wyżej wspomnianą radość z treningów. Dodatkowo kładę większy nacisk na rozciąganie, a nie same treningi siłowe. Chcę, aby wszystko szło spokojnie, w swoim tempie. Nie jestem nastawiona na konkretne cele treningowe. Chcę po prostu chodzić na fitness, bo sprawia mi to radość, a po treningu lepiej się czuję. Kompletnie zrezygnowałam także z pomiarów moich treningów. Mam to gdzieś jakie miałam tętno i ile kalorii spaliłam. Nie chcę czasu dla siebie i – jakby nie było – przyjemności przeliczać na cyfry. Już raz dałam się omamić takim rygorem nieustannych pomiarów i drugi raz tego błędu nie powtórzę.

Bez przymusu kontroli i uwikłania w cyfry

Poza tym miałam z tymi pomiarami treningu więcej kłopotów niż pożytku. Zawsze musiałam myśleć, aby zabrać swój pulsometr na siłownię. Z kolei podczas treningu denerwowałam się czy jest na swoim miejscu. Piękny, funkcjonalny i – wydawałoby się – niezawodny Polar okazał się mieć jedną, podstawową wadę – jego zapięcie kompletnie nie trzymało. Raz już go zgubiłam i znalazłam po kilku godzinach. Leżał sobie na parkingu przed siłownią. Cud, że nikt go nie rozjechał ani po prostu sobie nie wziął. Jego recenzję podlinkowuję Wam tu, z tym, że trzeba brać na poprawkę, że jego zapięcie jest do niczego. Teraz na siłownię biorę tylko strój na zmianę, buty i wodę! Ot, minimalizm. Nie dostosowuję też swojej diety pod treningi. Staram się słuchać siebie, swojego ciała i być dla niego dobra. To popłaca.

A jakie jest Wasze podejście do kontroli Waszych treningów?
Jaki rodzaj sportu uprawiacie? Jesteście regularni czy macie przerwy?

Madzia

67 komentarzy

  1. To Ty się po prostu katowałaś. Kiedyś ćwiczyłam, biegałam, rozciąganie, jakieś tam ćwiczenia soi wymyślałam, na YT treningi oglądałam, ale zawsze to była maks godzina i tyle mi wystarczyło. Teraz już na ćwiczę systematycznie, mam dzień w miesiącu, że zrobię sobie jakiś mały trening półgodzinny i to tyle. Dużo chodzę, więc potem też nie mam siły na to wszystko.

    • Tak, coś w tym było… Najgorsze było to, że nie umiałam tego przerwać, bo wydawało mi się, że takie rozwiązanie jest dla mnie najlepsze. Dopiero, gdy odpuściłam – zdałam sobie sprawę jak bardzo mnie to męczyło…
      Super, że znalazłaś opcję dla siebie i taki trening się u Ciebie sprawdza 🙂

  2. A jakie zmiany w swoim ciele, samopoczuciu i zdrowiu odnotowałaś przez te 3 miesiące? Jak to na Ciebie wpłynęło?

    Ja mam zalecenie, żeby zrezygnować z ćwiczenia całkowicie ze względu na hormony. Na razie zostawiłam lekki pilates i jogę, jakoś nie mogę się przemóc, żeby zrezygnować całkowicie – to siedzi w mojej głowie. Poza tym, lepiej mi to robi na ciało (zwłaszcza na kręgosłup), jak się trochę rozruszam.

    • Powiem Ci tak – na pewno tego potrzebowałam. Na początku bez ćwiczeń czułam się wręcz obłędnie. Wypoczęta, mniej zestresowana. Zyskałam też dodatkowo sporo czasu, który poświęcałam na siłownię i – nie ukrywam – starałam się go wykorzystywać na odpoczynek właśnie. Owszem – zauważyłam, że moje ciało z czasem delikatnie się zmienia. Stawało się bardziej „miękkie”. Jednak jeszcze wtedy nie chciałam powrócić na siłownię. Wakacje, odstresowanie bardzo mi pomogły i wreszcie wypoczęłam, przestałam się spinać, że coś muszę.
      Co do zdrowia, metabolizmu – nie odnotowałam, abym przytyła. Jadłam sporo, ale – pomimo braku intensywnego ruchu – nie nabrałam nadprogramowych kilogramów. Poza tym kolana przestały mnie „pobolewać”, bo podczas regularnych treningów – niestety je odczuwałam.
      Oglądałam kiedyś na YT filmiki o jodze „hormonalnej” (nawet po polsku). Podobno jest w stanie pomóc przy niektórych problemach hormonalnych. Może właśnie to by Cię zainteresowało… 🙂

  3. ja jestem z tej grupy osób, która lubi mieć nad wszystkim kontrolę i monitorowanie treningów zupełnie mi nie przeszkadza 😉 wręcz przeciwnie- jest dla mnie dodatkową motywacją 🙂

  4. Oj, z treningami jest ciężko. sama długo się zbierałam i było ciężko z wytrwałością. Ale jakoś tak się potem w to wdrożyłam, że nawet to polubiłam. Choć przyznam, że u mnie była silna motywacja – zgubić kg o porodzie. Tak silnej motywacji nie miałam chyba nigdy wcześniej i właśnie to mnie nakręcało XD

    • Motywacja jest bardzo ważna. Jednak dla mnie kluczowym był ten moment, kiedy po prostu zauważyłam, że można ćwiczyć dla przyjemności 🙂 …bo można!

  5. Moje jakiekolwiek treningi są dopiero w planach ;p Ale podoba mi się to podejście – nic na siłę i wszystko w miarę możliwości.

  6. Ja nigdy nie byłam na siłowni, ale podziwiam wszystkich którzy chodzą 🙂 Ja jestem typowym introwertykiem, więc nie czuje się dobrze wśród nowych ludzi więc największą radość sprawia mi trening w domku z Chodakowską 🙂

    • A ja, pomimo nieco introwertycznej natury (choć nie do końca), w domu za żadne skarby ćwiczyć nie umiem tak efektywnie jak na siłowni, a najlepiej na zajęciach grupowych 😀

  7. Kiedyś kontrolowalam każdą spalona kalorie i mam teraz uraz do siłowni, bo nje dawałam rady. Teraz jak wyzdrowieje całkowicie zamierzam wrócić bez spiny, tak dla siebie.

  8. Ja to do ćwiczeń kompletnie się nie nadaję.
    Nieraz próbowałam wdrożyć rutynowy ruch do swojego dnia, ale bezskutecznie.
    Najlepszą formą okazały się zajęcia grupowe, niestety tutaj potrzeba więcej czasu, bo trzeba dojechać, wrócić, no i nie można czasu trwania dostosować do swoich możliwości.

  9. Oj, skąd ja to znam! Ten pulsometr, te kontuzje, ten trener nad głową. Bo musisz! Ruszamy się! Tyłek w góre! Po 3 miesiacach na samą myśl o siłowni było mi niedobrze. Na razie zrobiłam sobie przerwę. I tak na mojej diecie schudłam sobie bezboleśnie 11 kilogramów, wciąż jest okres ogrodowy więc ruchu sporo ( kontuzjami nie grozi). Może zimą coś spróbuję ale na razie nie mam ochoty na żadną siłownię! I tak trzymać 😀

      • Już mówię 🙂 Żarłam wzsystko podzielone na 5 posiłków dziennie . Maksymalnie 1300 kalorii. Ale bez żadnych ograniczen typu tego nie, tego nie… Wagę i miarę już mam w oku a tabele kaloryczne znam na pamięć. Ważne że nie tylko się sprawdziło ale i nie było doła dietetycznego. Polecam! I pozdrawiam ciepło!

    • Widzisz… Dobrze to znam… Ten przymus i restrykcje rodzą chęć odpuszczenia sobie. Zatracamy w tym radość.
      Fajnie, że udało Ci się schudnąć mimo wszystko.
      🙂

  10. Czasem złe doświadczenia to dobre doświadczenia gdyż dzięki nim szybciej zdajemy sobie sprawę co jest dla nas dobre 😉 Chciałam również zauważyć iż lansujące się atletyczne sylwetki tak naprawdę nie mają nic wspólnego z naturalnością a mięśnie są sexy ale u mężczyzny.

  11. Najważniejsze, to robić cokolwiek z radością i nie narzucać sobie zbyt wysokiej poprzeczki.Perfekcja może zabić każdą radość:-)

  12. No własnie! Świetnie Cię rozumiem, bo sama tkwię w czymś takim! Przed wyjazdem do Norwegii chodziłam na siłownię dzień w dzień, tez zrezygnowałam z zajec grupowych na rzecz treningu samodzielnego, tez dostalam kontuzji. Miałam wrócicić po Norwegii ale zawsze coś! Teraz zamierzam powolutku wrócic do gry, ale na moich nowych zasadach 😀 i dosżłam do wniosku ze zacznę od JOGI! 😀

    • Nic na siłę! Ja dałam radę to i Ty spokojnie powrócisz na siłownię… lub zacznij od jogi 🙂 Opcji jest wiele 🙂

  13. Trening siłowy w ogóle mnie nie cieszy – to dla mnie prawdziwa męczarnia. Lubię za to rower, rolki i spacery i chyba ruchu mi nie brakuje. Nie umartwiam się i nie robię jakichś treningów na siłę.

  14. Madziu,i ja dorzucę swoje 3 grosiki.Bardzo dobrze Cię rozumiem, bo ja też tak miałam.To było po tym,kiedy na siłę chciałam schudnąć. Nie chodziłam na siłownię,ale biegałam. No i nie sprawiało mi to żadnej przyjemności, bo wciąż się kontrolowałam,kalorie,puls,kilometry,myślałam,że zwariuję. Nigdy nie mogłam się odprężyć, myślałam tylko o tym,żeby osiągnąć to, co sobie zamierzyłam.I do tego nudziłam się.Potem chodziłam z kijkami i też tak jakoś bez radości,bo zawsze sobie coś zamierzyłam i kontrolowałam. Teraz zmieniłam to, bo generalnie wszystko się u mnie zmieniło, ale to wiesz, bo jesteś moim bardzo miłym gościem na blogu. Teraz ćwiczę, bo lubię. I tyle ile lubię. Mam w nosie gadżety jak Ty i całe to niepotrzebne pokazywanie się. Jak wiesz, mieszkam w sąsiedztwie lasów, więc 2x dziennie szybki albo i spokojny jak mi pasuje spacer z psami, lubię kalistenikę i uwielbiam Mirandę Esmonde-White. Ćwiczenia według jej metody sprawiają,że jest się rozciągniętym jak guma. Bardzo lubię też jogę rozciągającą.W ogóle od pewnego czasu odkryłam,że dobrze służą mi wszelkie rozciągania.Czuję się po tym super.
    A oprócz tego Madziu zrobiłam zupę z kalarepki według Twojego przepisu, smakowała wybornie, nawet mój mąż mięśożerca zjadł z apetytem.
    I jeszcze jedno małe pytanie przy okazji. Znasz może dobry, delikatny podkład wegański?
    Pozdrawiam i slę dużo uśmiechów:)

    • Kochana Greenelko! 🙂 Sama nie wiem od czego zacząć, a więc… po kolei.
      Widzę, że miałaś bardzo podobne problemy do moich… Jak coś człowiek robi na siłę to potem są tego takie efekty – brak radości, przymus, obowiązek…
      A przecież ma chodzić o to, abyśmy się dobrze czuli. Sami wkręcamy się niepotrzebnie w restrykcje. Cieszę się, że odnalazłaś aktywność fizyczną dla siebie i miałaś odwagę tyle zmienić… na lepsze! 🙂
      Dzięki Tobie też sprawdziłam co to kalistenika 🙂
      Co do zupki – jest mi niezmiernie miło. Cieszę się, że smakowała. Sama mam kalarepkę z ogródka w lodówce i czeka ona na swoją kolej. 🙂
      Co do podkładu wegańskiego – wiele osób poleca firmę PuroBio. Ich produkty są wegańskie, naturalne, ekologiczne. Posiadają chyba wszelkie możliwe certyfikaty. Czekam aż mój obecny podkład się skończy i zamówię właśnie PuroBio. Mają też krem BB, delikatniejsze krycie od podkładu. Nie polecam w ciemno, bo sama jeszcze nie używałam. Po próbkach jednak widzę, że faktycznie – kosmetyki te mają potencjał.
      Pozdrawiam i buziaki przesyłam 🙂

  15. ja to tylko jogę ćwiczę 🙂 Nie jestem sportowym typem, spacery mi starczą, do pracy w obie strony mam 45 minut, to mi starczy na co dzień 😉

  16. siłowni nie lubię, tak samo jak wszystkich matowych zajęć, biegałam 2 lata ale jak przerwałam, nie byłam w stanie wrócić, to samo cross, od 3 lat chodzę na zumbę bo po prostu lubię, 2-3 razy w tygodniu w zależności jak mam czas i nawet jak nie pójdę 2-3 tygodnie z jakiś przyczyn, to zawsze wracam z utęsknieniem, że tego własnie potrzebuję 🙂 Ćwiczę by lepiej się czuć i utrzymać wagę, siedząca na codzień praca, to aż potrzebuję takiego zastrzyku energii i zabawy 🙂

    • A dla mnie z kolei zumba mogłaby nie istnieć.
      Ile osób, tyle różnych preferencji co do aktywności fizycznej. Ważne, aby znaleźć coś dla siebie 🙂

  17. Najlepiej robić to co się kocha, ja nie przepadam za intensywnymi ćwiczeniami, za to spacery bardzo lubię, wystarczy pospacerować o godzinkę dłużej i połączyć dobre z pożytecznym 😀

  18. Współczuję problemów z dyskiem… najważniejsze, że już ok i możesz powoli ćwiczyć. Ja tak właśnie zaczynałam – stretching, pilates, zumba- bardzo to lubię. Potem zaczęło się trochę bardziej konkretnie bo włączyłam nawet Body Shape i tego typu zajęcia, też są super, Ostatnio byłam nawet na Turbo Spalanie;) ale byłam potem głodna przez 3 godz;) co chwila musiałam coś zjeść, masakra;) Ja nigdy nie liczyłam kalorii ani tych zjedzonych ani tych spalanych;)

Skomentuj